Życie na wodzie…

UWAGA! Zanim zaczniesz czytać ten artykuł i oglądać zdjęcia włącz GŁOŚNO! Boba Marleya i oderwij się od otaczającej rzeczywistości.

Wyobraź sobie, że mieszkasz kilkanaście kilometrów od lądu. Do szkoły, sklepu, pracy musisz płynąc blisko godzinę, a otaczająca Cię woda służy do prania, mycia, picia i gotowania. A gdzie załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne? Odpowiedź jest prosta i szokująca zarazem – do jeziora, z którego wodę czerpiesz do codziennego funkcjonowania.

Witam w Nzulezo!

Aby dostać się na ten niewielki skrawek ziemi musisz przepłynąć łodzią przez mokradła, jezioro, las deszczowy i ominąć palmy kokosowe.

05-DSCF0306Kurs na Nzulezo

Wioska nie ma połączenia z lądem. Droga do osady wiedzie przez wąski, rzeczny tunel otoczony z jednej strony trzciną, a z drugiej dżunglą. Jedyny dźwięk, który słyszymy podczas podróży to odgłos wiosła zanurzającego się w wodzie oraz jazgot owadów docierający z lasu tropikalnego.

13-IMG_0154Nzuzlezo to osada na palach w południowo – zachodniej Ghanie nad jeziorem Amansuri. W języku Nzema „Nzulezo ” oznacza ” wody powierzchniowe „. Od 2000 roku region został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Według miejscowych legend wioska ​​została zbudowana przez ludzi, którzy uciekli w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia.

Zabudowa jest zwarta, a ścieżkę wzdłuż wioski wytycza drewniany pomost łączący oba krańce osady. Budynki mieszkalne wykonane zostały ręcznie z pni drzew, dachy pokryte są liśćmi palmowymi, a ściany budynków pokryte są matami z rafii palmowej, która pełni również rolę łózek. Każdy dom jest innego kształtu i rozmiaru. W środku jest dość skromnie i pusto, a chaty wymagają ustawicznych napraw i przebudowy w związku dużą wilgotnością terenu.

NzulezuPierwsze wrażenie

W pierwszej chwili można poczuć, że społeczność wioski tworzy duży dystans pomiędzy mieszkańcami, a Obruni. (Obruni to w języku Fante określenie dla białego człowieka). Na wstępie zostaniemy uprzedzeni o zakazie robienia zdjęć ludziom bez ich wyraźnego pozwolenia. Bardzo szybko po przybyciu da się zauważyć, że mieszkańcy ignorują obcych przybyszów, a część z nich traktuje turystów jak intruzów. Intruzi są jednak przez wszystkich społecznie akceptowani ponieważ zostawiają pieniądze, a te są wiosce potrzebne.

Z minuty na minutę wioska stawała się jednak coraz bardziej przyjazna, ludność życzliwsza, rozmowna i otwarta, a dzieci coraz wyraźniej starały się zwrócić na siebie uwagę. Ci, którzy posługiwali się językiem angielskim podchodzili i nawiązywali rozmowę. Pomimo zmroku, wioska tętniła życiem.

 

Codzienność w Nzulezo
To właśnie codzienność najbardziej w Nzulezo intryguje…

Ludzie posiadają telewizory, pomimo, że nie ma słupów wysokiego napięcia, gotują, choć nie widać ujęcia czystej wody. Nurtowały mnie przede wszystkim pytania: co się dzieje gdy ktoś z wioski poważnie zachoruje i będzie potrzebował pomocy medycznej, co się dzieje, jeżeli szybko trzeba kogoś przetransportować do szpitala, gdzie kobiety rodzą dzieci, z czego żyją, czy są zadowoleni z życia z dala od lądu, gdzie dzieci kontynuują naukę po szkole podstawowej? – Częściowe odpowiedzi na nie udało mi się uzyskać od kilku młodych chłopaków, nauczyciela oraz kuzyna wodza, którzy towarzyszyli nam podczas wieczornego sączenia lokalnego piwa.

Niewielką powierzchniowo osadę zamieszkuje blisko 600 osób. Znajduje się na niej szkoła podstawowa, sklep, pub, skromny kościół i niewielkiej wielkości chatki. Mieszkańcy żyją głównie z rybołówstwa a od niedawna – również z turystyki. Jak się dowiedziałam,  dochód z biletów wstępu zostaje przekazany w większości na utrzymanie lokalnej szkoły i pensję dla czwórki nauczycieli, którzy z powodów logistycznych byli zmuszeni zamieszkać w wiosce. W Boyen znajduje się dodatkowo szkoła średnia, w której uczniowie mogą kontynuować edukację. Codziennie rano młodzież ubrana w mundurki, płynie w kierunku miasteczka.

W wiosce nie ma energii elektrycznej, ale zasilana jest akumulatorami samochodów. Baterie zasilają telewizory i inne sprzęty domowego użytku. Anteny wystają ponad drewniane chaty, a muzyka, z jednego z domostw, rozbrzmiewa w całej wiosce.

W związku z tym, że wilgotność jest niezwykle wysoka mieszkańcy Nzulezo cierpią na wiele problemów zdrowotnych. Główną chorobą, z którą się borykają  jest malaria, ale równie często cierpią na problemy żołądkowe. W przypadku nagłej choroby lub wypadku korzystają awaryjnie z łodzi silnikowej, co znacznie skraca czas dotarcia do szpitala znajdującego się w miejscowości Boyen.

03-DSCF0295Afrykańska fantazja czy zamiłowanie do wolności?

Dzieci rodzą się  i wychowują w domkach na palach. Zapytani – czy są zadowoleni z miejsca,w którym żyją dumnie mówią, że to najlepsze miejsce do życia gwarantujące pełną niezależność. Na ile były to szczere odpowiedzi – tego nie wiem. Osoby, które przybyły do wioski z innych części nie są już tak entuzjastycznie. Nauczyciele, którzy przypłynęli i zamieszkali w osadzie dostrzegają znacznie więcej negatywnych aspektów życia w wiosce. Przede wszystkim doskwiera im brak swobody i przestrzeni.

01-DSCF0236Muzyka, tańce i Bob Marley

Jeżeli ktoś jedzie do Nzulezo z zamiarem odizolowania się od świata, ciszy i spokoju to zdecydowanie powinien obrać inny kierunek. Azonto dobiegało z głośników nawet po północy, a gdy tylko wzeszło słońce nad jeziorem rozbrzmiewały niezwykle głośno utwory Boba Marleya.

Przy niosących się przez jezioro dźwiękach, odpływam z tego intrygującego skrawka ghańskiego świata.

–  Witaj!  Co słychać? – Pełna energii wykrzykuję do młodego chłopaka z łódki obok podrygując w rytm Boba Dylana.

– Źle. – odpowiedział bez entuzjazmu. –  Mama malarię. Płynę do szpitala by dostać leki.

12-IMG_0150——————-

Informacje praktyczne:

Aby dotrzeć do wioski należy dostać się tro-tro, znane jako serce systemu transportu publicznego w Ghanie,  do Takoradi. Następnie z dworca głównego złapać kolejne tro-tro do malutkiej miejscowości nadmorskiej o nazwie Beyin, oddalonej o 90 km od Takoradi. W miejscowym biurze należy kupić bilet na łódź, którą ostatecznie dopłyniemy do Nzulezo. Wstęp na wioskę wraz z transportem kosztuje 25 cedi (50 złotych), a przeprawa łodzią wiosłową lub kajakiem trwa około godziny.

Ludzie w wiosce bardzo mocno przestrzegają swojej prywatności.

W wiosce jest skromny guest house, który prowadzi sympatyczny Ghańczyk. Prowadzi księgę wpisów i „chwali się” swoimi gośćmi z krajów z całego świata m.in. z Polski.

Szczerze polecam spędzić w wiosce przynajmniej jedną noc ponieważ odkrywa ona wtedy przed turystą naturalność i ukazuje realia prawdziwego życia.

W wiosce panuje zasada „no photo”. Zdjęcie możemy robić jedynie krajobrazom. Jeżeli chcemy zrobić zdjęcie ludziom musimy bezwzględnie uzyskać ich pozwolenie lub zyskać zaufanie.

Wodza wioski bez problemu rozpoznamy. Emanuje złotem, chodzi dumny i z podniesionym czołem, ale mimo wszystko jest bardzo otwarty na kontakt, a drzwi do rozmowy otwiera jakikolwiek komplement powiedziany w jego kierunku.

 

P.s. Monika, dziękuję za towarzystwo w tej niezwykłej podróży!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s