Kazachstan „na stopa”

Spontaniczna decyzja, kilka dni przygotowań i już byliśmy w drodze do Kazachstanu!

Dzień 1: Pociąg z Astany do Ałmaty

22 godzinne SLOW TV, czyli podróż pociągiem przez kazachstański step z Astany do Ałmaty. Akcja za oknem niezbyt szybka za to w naszym przedziale… są opowieści o kazachskiej kulturze i tradycjach, o ślubach, religii, jedzeniu, podróży, rodzinie, miłości, bezpieczeństwie, tolerancji, przekazywaniu (za darmo!) ziemi dla mieszkańców, którzy chcą się osiedlić. Wjechały również na stół jajka na twardo, kotlety mielone z dodatkiem ziemniaków, ziemniaki w wersji gotowanej i bułki z ziemniakami w środku, mój hit! galaretka z nóżek, pomidory z ogródka i swojski chlebek, lokalne pierniki i bułki z kurczakiem i na słodko, a to wszystko popijane gorącą herbatą i butelką piwa zawijaną w ręcznik frote zachowując pozory legalności.

Ciągle pojawiają się pytania „a jak to wygląda w Kazachstanie?”, a w odpowiedzi słyszymy „a jak jest w Polsce?”. Z godziny na godzinę ta ciekawość nas zbliża, ujawnia różnorodność i zaskakuje podobieństwem. Jeszcze do niedawna całkowicie obcy sobie ludzie, który dzieliły tysiące kilometrów i bariera językowa stają się bliskimi kompanami podróży. Jeszcze nie dotarliśmy do miejscu gdzie rozpoczynaliśmy naszą podróż, a już historia goniła historię.

Im bardziej na południe, tym bardziej słońce wychodziło z cienia, coraz większe są odległości pomiędzy domostwami, na płaski jak tafla szkła terenie pojawiają się górki i wyżyny z wyraźnie zaznaczonymi szczytami przez pierwszy śnieg, zamiast podmokłych terenów widać bardziej wysuszone trawy.

W końcu nadeszła noc… Tak czułam, że dzielenie przedziału pociągu ma swoje ogromne plusy w ciągu dnia. Czułam też, że w nocy, dźwięki radośnie opowiadanych historii zamienią się w przejmujące dźwięki chrapania wydobywające się spod kołdry 🙂

Kazachstan.NEF — kopia

Dzień 2: Ałmaty 

Miasto Ałmaty wznosi się w miejscu starej osady Jedwabnego Szlaku. W moim słowniku ma przydomek –  śmierdzące miasto! Smog jest tak wielki, że patrząc na nie z góry najpierw widzi się szarą chmurę, a dopiero potem trzeba wypatrzeć miasto. Cześć autobusów wyrzuca z siebie takie smrody, że aż zatyka idąc obok. Nie lepsze są samochody. Stare, zdezelowane, naprawiane chałupniczymi metodami. Ponadto jest ich niezwykle dużo co dodatkowo przyczynia się do wdychania niebotycznej ilości spalin.

Śmiało mogę powiedzieć, że Ałmaty nie mają nic ciekawego do zaoferowania, ale w pobliżu są niesamowite góry z 4 000 metrowymi szczytami. Warto odwiedzić to miejsce specjalnie dla nich!

IMG_5395

Dzień 3: Kanion Szaryński

„Marszrutka będzie albo nie będzie, pojedzie albo nie pojedzie” – poinformowała nas sympatyczna pani na dworcu autobusowym w Ałmaty:)

Tak wiec z nadzieją, że będzie i że pojedzie poszliśmy na marszrutkę o 7 rano. Niestety, tym razem nie było:) Postanowiliśmy stworzyć „plan B” na szybko – ruszyć do przodu, im bliżej kanionu – tym lepiej! Idąc do marszrutki, która nigdy nie przyjechała, usłyszałyśmy, ze szukają chętnych do wyjazdu do Chica. Postanowiliśmy skorzystać. Taxówkarz zaprowadził nas do smochodu gdzie czekały jeszcze 2 osoby i uciekł. Jak się szybko domyśliliśmy – szukał kolejnych chętnych, bo znalazło się jeszcze miejsce. Za 30 minut byliśmy w komplecie i ruszyliśmy.

Wielki kanion, czyli Kanion Szaryński jest przepiękny! To faktycznie połączenie wielkiego kanionu i doliny śmierci. Czekał nas teraz 4 kilometrowy spacer, aby dotrzeć do eco resortu, w którym planowaliśmy spędzić noc. Kanion jest absolutnie obowiązkowym punktem każdej wycieczki. Widok jest niezwykły, a do tego cisza, przestrzeń i brak turystów (jeżeli jest się po sezonie). Mieliśmy cały resort dla siebie, ale o cieplej widzie i ciepłe w pokoju można było zapomnieć. Zjedliśmy szaszłyki z baraniny, sałatkę z pomidora i ogórka, popiliśmy herbatką i zimno wygoniło nas do również zimnego pokoju;)

Dzień 4: Droga przez step i szalona podróż „na stopa” do Saty

Zaledwie 70 kilometrów, a jeszcze nigdy nie składaliśmy z tak wielu etapów:

Etap 1: 4 kilometry z buta przez Kanion Szaryński

Etap 2: kolejne 10 kilometrów pieszo przez step.

Etap 3: autostop, do drogi gdzie mieliśmy łapać stopa. Morale nam wzrosły, bo złapanie chętnego zajęło nam zaledwie minutę.

Etap 4: czekanie na skrzyżowaniu po środku niczego. Co kilkanaście minut jechało auto, ale żadne w tym kierunku, w który my chcieliśmy jechać. W końcu uznaliśmy, że pojedziemy gdziekolwiek – aby do przodu 🙂 Złapaliśmy stopa. Razem z nami zabrał się młody chłopak. Obok trzeźwego kierowcy był jego kompletnie pijany kompan częstujący nas koniaczkiem 😉

Etap 5: marsz do kolejnego skrzyżowania, aby złapać kolejnego stopa, taxi lub cokolwiek. Dookoła rozpalające się chaty, dzieciaki na koniach, sklepy z mocno ograniczonym asortymentem.

Etap 6: Tym razem jeden z mieszkańców wyszedł do nas i zaproponował, że nas zawiezie. Od jego syna dostaliśmy gruszki – i w droge! 🙂 Wesoła jazda z kierowcą, który wraz ze swoim bratem, zabrał nas do miejsca gdzie planowaliśmy od rana dotrzeć 🙂 Po drodze pokazywali nam kraj, zatrzymywali się na podziwianie widoków i opowieści, gadali i żartowali z Grześkiem po rosyjsku, a ja próbowałam zrozumieć co to za salwy śmiechu.

Dzień 5: Jeziora Kaindy i Kolsai

Po dzisiejszym dniu określenie „wyboista droga” nabiera nowego znaczenia. Jechaliśmy starym UAZ-em do Parku Narodowego. Podskakiwaliśmy jak piłeczki w lottomacie. W kluczowych momentach podrzucało mną tak, że zmieniałam miejsce:) Co kilkanaście kilometrów musieliśmy się zatrzymywać, aby dolać wody do chłodnicy. Samochód nie miał sprzęgła i ruszał na rozruszniku .

Przez potłuczone szyby oglądaliśmy majestatyczne góry, dziko pasące się konie, zaśnieżone szczyty lub ciągnący się po horyzont step.

Po 20 kilometrach podskakiwania dojechaliśmy do pierwszego jeziora – Kolsai. Schodzimy na dół i im niżej niego byliśmy, tym bliżej podchodzili do nas żołnierze z kałasznikowami… Sympatycznie poinformowali nas, że jeżeli chcemy iść do dwóch kolejnych jezior to musimy się liczyć ze spacerem w śniegu po kolana J Szybko przeszła nam ochota i cieszyliśmy oczy górskim jeziorem Kolsai na wysokości 2000m.

Jadąc w kierunku drugiego jeziora – Kaindy, które planowaliśmy odwiedzić, zatrzymaliśmy się, aby zabrać młodą dziewczynę z dzieckiem. Mieszka na całkowitym odludziu. Od razu było czuć, że nie jest tam łatwo z wodą :/ 2-latka brudna i śmierdząca, ale…z pomalowanymi paznokciami!

Droga do drugiego jeziora była jeszcze bardziej wymagająca. Dziury, koleiny, rzeka do pokonania. Nasz kierowca radził sobie z takimi przeszkodami doskonale, a ja nie wychodziłam z podziwu i szczerze wierzyłam w jego umiejętności.

Off road pełną gębą i nadszedł czas na powrót do Ałmaty.

Mieliśmy szczęście! Złapaliśmy stopa bezpośrednio z naszej wioski do Ałmaty. W aucie był kierowca (dość oczywiste;)) i 2 pasażerów, 4 wory! ziemniaków, ale zmieściliśmy się również my i nasze oba plecaki. Jechaliśmy ściśnięci jak te ziemniaki w worku, ale dojechaliśmy 🙂 Co kilkadziesiąt minut zatrzymywaliśmy się, aby dolać wody do chłodnicy, oleju do silnika, na posiłek, po jakieś szaszłyki. 4. Godziny kazachskiej muzyki z głośników 🙂 Jutro trekking w górach i szczyty ponad 3000m!

Dzień 6: Góry…

Góry mają w sobie coś magicznego. Zapomina się o całym świecie. Nie ma gonitwy myśli. Człowiek jest zbyt zmęczony pokonywaniem kolejnych kilometrów, aby myśleć o głupotach. Idzie się dalej i wyżej. A widoki rekompensują wysiłek.

Dotarliśmy do największego ośrodka narciarskiego w pobliżu Ałmaty, a zarazem miejsca startu naszych trekkingów  – Shymbulaka. Znaleźliśmy się w górnej części doliny Medeu, w dolinie Ałatau Zailijskiego, na wysokości 2 200 metrów nad poziomem morza i od razu ruszyliśmy na trekking na wysokość 3 500 metrów!

Dzień 7: Wspinaczka na 3400 metrów w piątek 13.

Większość osób cześć tej drogi pokonuje kolejka linowa, ale nie my! Jak my jesteśmy pierwszy raz w życiu na przedgórzu Tien Shan to kolejka akurat nie działa 🙂 Czekał nas kilkukilometrowy trekking , aby dojść na wysokość 3200, a później niezwykle trudna trasa na Chimbulachkę (3450 m npm.)

Warto?

Dzień 8: Ośnieżone szczyty Ałatau Zailijskiego

Budzisz się, a przed oczami masz ośnieżone szczyty Ałatau Zailijskiego. Nie wynurzając nosa spod kołdry podziwiasz majestatyczną naturę. Dookoła cisza. Z radością i niedowierzaniem przypominamy sobie malownicze drogi, które prowadziły nas na wysokość prawie 3500 metrów.

To miejsce, widoki, podejścia na długo zostanie w naszej pamięci. Dziś przed nami szlak tylko w dół – 2200 metrów do Medau, czyli najwyżej położonego lodowiska znajdującego się na wyskości 1691 m n.p.m . Natura nabierze koloru. Lita skala, śnieg, porośnięte świerkowym lasem góry zamienią się z każdym kolejnym kilometrem.

Na przedgórzu Tien Shan można w październiku  zaobserwować 3 pory roku. Wysoko w górach – brodziliśmy w śniegu, ręce zamarzały, a gdy zawiał wiatr czuć było przenikające zimno. Idąc w dół, obserwowaliśmy kolorowy, jesienny krajobraz. Do zielonych świerków dołączyły złote modrzewie, żółte brzozy i czerwone owoce jarzębiny. Gdy zeszliśmy na wysokość 1000 metrów – przywitało nas późne lato.

Dzień 9: Powrót pociągiem do Astany – abstrakcyjnej stolicy Kazachstanu

Za oknem powolnie zmienia się krajobraz (za wyjątkiem słupów wysokiego napięcia, które regularnie przypominają o swoim istnieniu). Atrakcją są drzewa, porozrzucane na stepie, domostwa z kolorowymi drzwiami i oknami, opuszczone wioski lub pasące się na łące bydło, stada baranów i dzika zwierzyna.

Przyzwyczajona jestem, że aby zobaczyć więcej, pojechać dalej – muszę się napedałować. A tu, na stepie, jak na dłoni mam podane setki kilometrów przestrzeni i widoków.

Nic, nic, nic. Jadę i patrzę tępo w szybę. Myśli hulają po głowie jak szalone, bo wiedzą, że prawie przez dobę, nie czekają ich żadne niespodzianki. Dziwne uczucie z pędzącego życia wskoczyć do pociągu lenistwa.

Astana, czyli inny Kazachstan


Zwariowane podróże „na stopa”, zjazd na saneczkach z góry z widokiem na Ałmaty, wielogodzinne rozmowy (po rosyjsku!) ze współtowarzyszami naszej podróży – w pociągu, taxi, gościńcach, łapiąc stopa i po złapaniu, trekkingi po 3-tysięcznikach, wspaniałe spacery i nocleg w Szaryńskim kanionie, spontaniczne i liczne zmiany planów, droga przez step, liczne spotkania z orłami, 36-godzinne SLOW TV z pociągu, off road starym UAZ-em, podwodny las, jezioro Kolsay otoczone górami, uczta w pociągu z kotletami, jajami, galaretkami z nóżek, spacery śmierdzącymi ulicami Ałmaty i abstrakcyjnej Astany, niekończące się naprawy pojazdów, którymi podróżowaliśmy, czekanie na marszrutkę, która „jak będzie to będzie, jak nie będzie to nie będzie” i nie było;), dziesiątki godzin z kazachską muzyką w tle i po prostu piękna przygoda.

Oto „nasz” Kazachstan.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Kazachstan „na stopa”

  1. Pingback: Ciemna strona Kazachstanu… | GOWOgrafia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s