ZA CO POKOCHALIŚMY NOWĄ ZELANDIĘ

Prawie 350 kilometrów „z buta” i blisko 5000 kilometrów pokonanych samochodem na obu wyspach pozwoliły nam przywitać się, z tym kawałkiem ziemi, położony na krańcu świata.

Ten dłuuuugi wpis jest dla tych, którzy lubią gdy ze ZDJĘCIAMI PODĄŻA HISTORIA.

Nowa Zelandia nie przestawała nas zachwycać, zmieniała się z każdym kilometrem i prezentowała przy różnej pogodzie. Wulkan, za chwilkę góry, potem płasko jak stół, pagórki, góry, wąwóz i znowu płasko. Nic nie jest tu monotonne. A nie, jest – wszędobylski kolor ZIELONY, który pokrywa każdy zakątek ziemi, każdy pagórek, wzgórze, łąkę!

Każdego dnia kładliśmy się spać na innym kawałku tej pięknej ziemi. Przy bezchmurnym niebie mogliśmy oglądać gwiazdy i drogę mleczną. Każdego ranka budziliśmy z innym widokiem. Otwieraliśmy „drzwi namiotu” i patrzyliśmy na otaczającą nas rzeczywistość, patrzyliśmy kawę, jedliśmy śniadanie i ruszaliśmy dalej w drogę! Mieliśmy również okazję nocować w prywatnych domach – u przemiłej Blyde i jej męża, który na czule się żegnając dał na wór gruszek i winogron, lan’a – sympatycznego chłopaka z Christchurch, który udostępnił nam swoją kanapę i z którym pałaszowaliśmy fish&chips, Amandy, której kot nie dawał nam spokoju i Xine, która znała tylko kilka słów po angielsku, ale za to wyściskała mnie za wszystkie czasy😀 Uwielbiam ten moment niepewności kiedy pukasz do drzwi domu. Otwierają Ci obcy ludzie, a gdy wychodzisz żegnasz się jak ze starymi przyjaciółmi. ❤️ To właśnie spotkani w podróży ludzie uczynili również tą podróż wyjątkową. ❤️

NATURA jest na pewno czymś, w czym zakochaliśmy się tu najbardziej❗️ZIELONE wzgórza, wulkany, połączenie morza, gór i krętych dróg, kosmiczne widoki ze szczytów szlaków, dziewicze krajobrazy, nieustanne poczucie przestrzeni. Jeszcze nigdy nie oglądałam tak wyraźnych, pełnych i ogromnych tęczy. Każdy kolor można było wyraźnie oddzielić. Bajka!

Pogoda jest tu czymś absolutnie nie do przewidzenia. Mokliśmy nawet przy czyściutkim niebie i chodziliśmy w słońcu przy prawie całkowitym zachmurzeniu.

Odwiedziliśmy hobbiton i bardzo spodobały nam się te malutkie chatki (de facto atrapy🤣) na fikuśnych wzgórzach. Filmowe Rivendelle i Mordor również robiły niesamowite wrażenie.

Mieliśmy bliskie spotkania z górskimi papugami KEA. Baaa… jedna nawet włamywała nam się do plecaków. Ciagle na horyzoncie pojawiały się jakieś owce. Jak nie było owiec to z pewnością można było liczyć na towarzystwo krów. Na niewielkim przylądku na wschodzie przywitały nas również foczki i pingwiny, a pomiędzy wyspami mogliśmy oglądać przepiękny występ bawiących się delfinów. Nieloty Kiwi również uprzyjemniały nam pobyt, aż pewnego ranka jeden wkradał się do naszego namiotu 😀

Przeszliśmy 3 z 9 kilkudniowych GREAT WALK’ów NOWEJ ZELANDII i było to niezapomniane przeżycie. Z domem na plecach, jedzeniem (i śmieciami, bo wszystko trzeba ze sobą zabierać) szliśmy każdego dnia po ponad 20 kilometrów ciesząc oczy i duszę widokami.

Było dziko. Lubimy tak 😀 A my wybieraliśmy często miejsca gdzie było jeszcze bardziej dziko.

Są też takie miejsca w Nowej Zelandii, które całe płoną – pod i nad ziemią!

Feeria barw połączona z zapachem siarki, bulgoczące błota, wybuchające gejzery, gorące źródła, gejzery, dymiące kratery, żółte, turkusowe, białe, niebieskie, szmaragdowe, zielone, różowe jeziora – tam też było niezwykle.

Odwiedziliśmy również wyjątkowe miejsce – jaskinie WAITOMO, w której żyją świecące robaczki. Wyglada to absolutnie niesamowicie! Jak rozgwieżdżone niebo, ale na wyciągnięcie ręki.

Żeby nie było tak słodko to… ciagle dziabały w kostki meszki. Wiatr porwał nam namiot i ratowała nam go… Policja 😀. Był to również rekordowy wyjazd pod kątem zniszczeń sprzętu, strat i uszkodzeń. Pod koniec wyjazdu zastanawialiśmy się co jeszcze stracimy😉Ostatniego dnia, tuż przed wylotem, złapaliśmy gumę w samochodzie (Grzenio – MISTRZ! -ogarnął sprawę w 15 minut😘). Czasami deszcz skutecznie utrudniał nam podziwianie widoków (wdrapywaliśmy się na ponad 1500 metrów, 3 godziny marszu pod stromą górę, aby zamiast widoków ze szczytu Roy’s peak, oglądać chmury i schodzić kolejne 3 godziny w mega deszczu.) Tak tez było 😀

Las był miejscem w którym się zakochałam! Bujny, szalony, różnorodny, zielony oraz pełen niezwykłych i pokręconych kształtów.

Ciagle szalały mi w nim zmysły i chyba to właśnie przez niego miałam ciagle równie pokręcone sny😀 Ścieżki w lesie deszczowym pośród drzew Kauri i wodospadów też robiły ogromne wrażenie i tworzyły klimat jak w dżungli!

Poza szlakiem na Roy’s Peak to raczej mieliśmy szczęście do pogody. Podobno szczęśliwcami są Ci, którzy mogą oglądać zatokę Milford Sound w słońcu – a my oglądaliśmy. 😀

Nałaziliśmy się w Nowej Zelandii, aż nam będzie miło za biurkiem usiąść 😀 ale było warto! Te fragmenty wyjazdu będziemy pamiętać najwyraźniej:

Trekking w Tongariro zaczynał się niewinnie – niebieskie niebo, na wyciągnięcie ręki wrzosy, trawy, wolno płynąca rzeka, a w oddali krater wulkanu. Im bliżej krateru tym krajobraz robił się bardziej marsjański, wzmagał się wiatr i zaczynały kłębić chmury. W słynnym, filmowym MORDORZE widoki były obłędne! Piekielna sceneria w bajkowej oprawie❗️

A jak było na szlaku Abel Tasmal Coast Track? 60 kilometrowy trekking w przepięknej scenerii z widokiem na morze Tasmana. To szlak prowadzący przez morze, które trzeba pokonać w czasie odpływu. Był to czas spacerów w lesie deszczowym gdzie ilość zieleni jest czymś absolutnie niezwykłym, klimatycznych noclegów na plaży, obserwacji efektu halo słonecznego i milion innych pięknych rzeczy spotykało nas po drodze 😀

Najpiękniejszy, najbardziej wymagający i najbardziej dziki był KEPLER Trail w dziewiczym Parku Narodowym Fiordland! Było wymagająco, bo zrobiliśmy szlak krócej niż jest planowany, intensywnie, dużo pod górę i sporo w dół, ogrom emocji, spotkania z Kiwi odbierającym się do namiotu i ciekawską keą pragnącą zajrzeć gdzie się da, przepiękne widoki gdy szliśmy granią i nieprzestający mnie zachwycać las deszczowy.

Ciężko nazwać nasz wyjazd wypoczynkiem, ale było też kilka chwil kiedy bujaliśmy się w hamaku, patrzyliśmy tempo w morze i podziwialiśmy zachody słońca.

Queenstown słynie z aktywności ekstremalnych. Skorzystaliśmy i my 😀Za radą Blyde wsiedliśmy do Jet boat’a! To była dopiero jazda😀 Ponad 80 km/h po rzekach, bączki i takie tam szaleństwa!

Wchodziliśmy też na najbardziej stromą ulicę na Świecie w Dunedin, oglądaliśmy naleśnikowe skały, a słuchawka odwiedziła kolejny, chyba już 55 kraj! 😀

Coś się kończy – coś się zaczyna. Czas wracać!

image

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s